czwartek, 1 września 2022

Przywrócić Ukrainę – „Planeta Piołun” Oksany Zabużko

   Opleciony wenflonami, umierający Zbigniew Herbert prosił w drugim ze swoich czterech Brewiarzy (w tomie Epilog burzy z 1989 r.):

Panie,

      obdarz mnie zdolnością układania zdań długich (s. 8)

   O ile polskiego poetę i ukraińską eseistkę łączy intelektualność tekstów i najwyższa przyjemność lektury, o tyle ta ostatnia buduje zdania-mamuty, rozbudowane, o strukturze kłącza. Może dlatego przypadła mi do gustu. W końcu ostatnio ktoś po raz pierwszy zwrócił mi uwagę, jakbym „posługiwał się długimi ciągami myśli”. Z czystym sumieniem mogę to określenie zastosować także w przypadku Oksany Zabużko.

   Przypadła mi do gustu także z innego powodu. Patrzy bowiem na Polskę – podobnie jak ja – z pewnego oddalenia. Ma przez to szerszy ogląd, nieskażony bliskością (choć jak przyznaje, „zwykła nazywać Polskę cioteczną siostrą”, s. 15). Zauważa więc, że „Polska się zamyka” (s. 14), że „jeszcze bardziej dramatycznie zmieniła się telewizja” (s. 16), że „kurczy się finansowanie kultury” (s. 17), a „rząd [jej – kultury] kosztem [...] zaczyna ‘karmić’ własne zaplecze wyborcze, tłamsząc rozwiązania alternatywne” (s. 17); pyta „gdzie jest tamta Polska” i „jak [...] w tak dobrze sobie radzącym, kulturalnym kraju mogła w ciągu dziesięciu zaledwie lat nastąpić tak lawinowa dezintelektualizacja” (s. 16). Jej wyciągnięty, pouczający palec wskazujący niejednego może irytować. To Polacy (i Zachód) są wszak tymi ignorantami, którzy niewiele wiedzą o swoich wschodnich sąsiadach, poza paroma stereotypami oczywiście. I którzy po zajęciu Krymu i Donbasu przez Rosję „niewzruszoną wiarą polskich elit” nie dostrzegają niebezpieczeństwa „nowej wojny światowej” (s. 8).

   Wydaje się, że książka Planeta Piołun powstała w wyniku głębokiego rozczarowania polską dumą narodową i ignorancją w stosunku do jej wschodnich państw ościennych. Obrażona wystąpieniem prezydenta Komorowskiego, mówiącego o niedemokratycznej drodze rozwoju Ukrainy, powodowana odkrywaniem zmieniającego się świata i przeczuciem wojny, przygnębiona wiedzą, której nie da się przekazać na żadnym wystąpieniu autorka pisze „podręcznik” kulturowej tożsamości Ukrainy oraz historii tej części Europy. W jego skład weszły „eseje napisane [między 1997 a 2020 rokiem – A. Ł.] dzięki wrażeniom z zagranicznych prezentacji [jej] książek” (s. 26). O ile punktem wyjścia zawsze jest szeroko rozumiana kultura (czy to literatura, film, czy filozofia), o tyle eseje te przyjmują formę erudycyjnych rozpraw dotyczących ukraińskiego „uwikłania” w ład i porządek świata – przede wszystkim świata radzieckiego („ruski mir”); są intelektualną walką o przywrócenie Ukrainy, jej odmienności i wyjątkowości powszechnej świadomości. (Najbardziej mnie irytuje ostatni esej, w którym Zabużko ustawia Ukrainę w pozycji idealnej, nieskażonej, moralnie czystej wobec zwrotów historii, dając przy tym prztyczka w nos wszystkim kolaborantom i sprzedawczykom podczas minionych wojen.)

    Tytułu użyczył książce jej pierwszy esej. Planetę Piołun widzi autorka jako „jądrową pustynię” (s. 95), powstałą po wybuchu elektrowni atomowej w Czernobylu 26. kwietnia 1986 r. Poza tym »czarnobyl« (=czarna bylina) oznacza w języku ukraińskim »piołun«. Nawiązanie do apokaliptycznej trzeciej trąby, zwiastującej „wielką gwiazdę” spadającą z nieba, „płonącą jak pochodnia” i zatruwającą „trzecią część wód”, jest oczywiste. „A imię gwiazdy zowie się Piołun” (Ap 8,10–11). Anatolij Hajdamaka stworzył pomnik pt. „Gwiazda Piołun” ukazujący stalowego anioła dmącego w trąbę, który jest częścią kompleksu muzealnego powstałego z okazji dwudziestopięciolecia katastrofy w ukraińskim mieście. Symbolizuje koniec dotychczasowego świata jak dla Zabużko cezura roku 2014. Ponieważ medycyna ludowa wskazuje liczne właściwości lecznicze piołunu, pogańskie wierzenia i obyczaje widzą w nim pozytywy, a wiara w to, że piołun może ochraniać dom przed negatywnymi wpływami, występuje zarówno w kręgu kultury prawosławnej jak i katolickiej, dlatego książkę ukraińskiej pisarki można także odczytywać pozytywnie – jako ochronę przed zgorzknieniem i zatruciem (choćby kremlowskimi fake newsami).


poniedziałek, 21 lutego 2022

Mężczyzna w zawierusze czasu – Powieść Szczepana Twardocha „Pokora“ ukazuje się po niemiecku jako „Demut”

   Dwa lata po polskiej premierze w krakowskim Wydawnictwie Literackim 15. lutego 2022 r. ukazała się po niemiecku w Rowohlt Berlin jak dotychczas ostatnia powieść Szczepana Twardocha, po czym pisarz otrzymał Nagrodę im. Kazimierza Kutza za m.in., jak podano, „wybitne pod względem artystycznym, autentyczne i społecznie doniosłe świadectwo pracy nad śląską pamięcią zbiorową”.

   Pokora/Demut opowiada o końcu i nowym porządku świata; o wywrotowym Berlinie z jego okaleczonymi, oszpeconymi i szalonymi; o wstrząsach, które wkrótce ogarną całą Europę. Pośrodku tych wydarzeń znajduje się mężczyzna, usytuowany między emancypacją a zwątpieniem w siebie, i szuka swojej drogi w wybuchowej, wolnej epoce.

   Pokora kończy się jednym prostym zdaniem, wyróżnionym nowym akapitem – „Boję się”. Chciałbym zacząć właśnie od tego zdania. Niemieckie tłumaczenie Olafa Kühla rezygnuje niestety z tego ważnego zabiegu. U niego jest to po prostu ostatnie zdanie w akapicie.

   Główny bohater, Alois Pokora, wiedział przez całe swoje życie, że „nie wolno mu okazać strachu. [...] Wszyscy tak żyli“ (s. 57)Zapytany przeze mnie, czego boi się Szczepan Twardoch, odpowiedział: „Zwykle odpowiadam, że niczego się nie boję, ale to jest oczywiście nieprawda”. O tym, czego się boi, „to boi się mówić”. Nie odpuszczam. Nie po to bowiem autor wkłada w usta swoich bohaterów tak znaczące słowa na końcu powieści, by sam o tym wcześniej nie myślał: „Boję się tego, czego wszyscy się boją, mówiąc o takich ogólnych sprawach”, Twardoch w końcu się otwiera, a może jest znudzony moim nagabywaniem: „Boję się, że będzie wojna na Ukrainie, a wolałbym, żeby nie było. Boję się, że nam się ekonomia zawali i nie będę miał czym dzieci nakarmić. Boję się, że zachoruję i umrę, ale z drugiej strony i tak wszyscy kiedyś umrzemy”. To jest strach, „który wynika z tego, że jest rok 2022; jest taka sytuacja na świecie, jaka jest. Nic specjalnego…“.

   Pokora to nazwisko z wpisanym weń znaczeniem. Bohater jest ciągle upokarzany. Niby ten sam źródłosłów, a jednak »pokora« i »upokorzenie« to zupełnie coś innego.
   Mimo że lokalny ksiądz wysyła chłopca do gimnazjum (a może się go w ten sposób pozbywa), nie jest to historia szczęśliwa. Pomimo ukończenia szkoły, studiowania i uczęszczania do szkoły oficerskiej, Alois jest nieustannie prześladowany, odrzucany i pogardzany. Mimo że lepiej się ubiera i jakoś brnie przez życie (a przecież mógłby je już kilkakrotnie stracić), to i tak nigdzie nie może znaleźć miejsca; miotany tam i z powrotem między traumą wielkiej wojny a rewolucją proletariacką. Z jednej strony historia ta przywodzi na myśl biografię Janoscha, a więc Horsta Eckerta. Z drugiej – pod pewnymi względami – samego Twardocha. Mimo że dobrze się ubiera, jest twarzą z reklam, jest wysportowanym i wyedukowanym młodym mężczyzną, uznanym pisarzem, to jednak jego śląskość ciągle wyrzucają mu tzw. „polscy patrioci”. Co na to autor?

   „Wszystko to, czym jestem i kim jestem, wzięło się z tej mojej przypadkowej etnicznej tożsamości”, opowiada dalej Twardoch: „Oczywiście moja sytuacja egzystencjalna jest drastycznie inna, i była, bo inne są czasy, żyjemy sto lat później. Tutaj być może bardziej to przypomina biografię moich rodziców, którzy są pierwszym pokoleniem, zarówno w rodzinie mojego taty, jak i mojej mamy, które skończyło studia. Bo wcześniej, przed moim tatą i przed moją mamą, byli tak naprawdę tylko górnicy i gospodynie domowe, a wcześniej chłopi pańszczyźniani. No, ale być może nawet tak, ten nieustający i niekończący się kompleks Aloisa Pokory, który go jakoś kieruje; to poczucie nie przynależności nigdzie, ta anomia, która go jakoś napędza, być może jakoś to wynika z moich własnych doświadczeń. A być może nie”.

   Okładkę polskiego wydania z 2020 r. stanowi obraz Georga Grosza Panorama. Precz z Liebknechtem z roku 1919. To niezwykły, wielopoziomowy, energetyzujący obraz. Widzimy okaleczonych i oszpeconych weteranów wielkiej wojny, nikczemnych starych generałów, tłustych kapitalistów, mieszających się z intelektualistami, politykami, prostytutkami i dekadencką bohemą. Artysta, rozczarowany wojną, pokazuje jak dawne porządki, jak Berlin, jak świat się rozpadają. Nie ma w tym obrazie proporcji, bo także sztuka została przez wojnę zburzona. A jednak obraz ten przyciąga. Okazuje się, że Pokora „jest mocno zadłużona w malarstwie tych czasów”, jak opowiada mi pisarz: „I tutaj przede wszystkim właśnie w George’u Groszu, ale też w Otto Dixie. To jest malarstwo, które robi na mnie niezwykłe wrażenie i niezwykle mnie porusza; które jakoś głęboko przeżywam, bo ono jakoś wspaniale ujmuje Zeitgeist tych czasów. Ta powieść opisuje upadek pewnego świata i same początki nowego. Ja bardzo lubię takie momenty historyczne, w których kończy się jedna epoka, zwykle gwałtownie; wtedy ludzie przez jakiś czas, zanim określi się nowa forma świata, znajdują się w jakiejś takiej społecznej otchłani; żyją w świecie, który nie ma swojej zasady, który nie ma swojego archē. Niepewność ludzka w takich czasach jest dla mnie bardzo interesująca; przerażenie jest bardzo interesujące. Ale też wydaje mi się, że wtedy takie momenty w historii, one jakoś pozwalają charakterom ludzkim być bardziej widocznymi“.

   Niemieckie wydanie z okładki Grosza rezygnuje. W miejsce Panoramy... pojawia się Nikolaus Braun z Berlińską scenką uliczną z 1921 roku. Zatrzymane migawki z życia ulicy wmalowuje Braun niczym komiks (a to przecież także ikona literatury popularnej, tyle że odrobinę późniejsza) w oddzielne ramki – udana metafora rozpadniętego, rozciętego, nowoczesnego świata. Niemiecki historyk Eberhard Kolb skomentował onegdaj ten obraz w następujący sposób: „Berlin stał się najbardziej ekscytującym miastem w Europie, gdzie zderzyły się przeciwieństwa i narodziła się ‘nowoczesność’ w technologii i transporcie, teatrze, literaturze i modzie”. I tak nagle wypłynęły kobiety z fryzurami bob i w spodniach, płyty gramofonowe opanowały prywatne mieszkania, charleston i jazz – kluby nocne, do kin trafiły filmy dźwiękowe, miasta wypełniły się ruchem. Ludzie zostali zderzeni z nowymi rzeczami, odurzającymi, wspaniałymi i dzikimi. A wszystko to było spowite gorzkim ubóstwem, cieniem, ciemnością, która już niedługo miała pochłonąć Niemcy i Europę.

   Ale tego Berlina Republiki Weimarskiej nie ma już od ponad stu lat; zniknął wraz ze swoją ludnością i budynkami. Dawna tkanka miasta zniknęła niemalże bezpowrotnie, pozostały tylko kikuty dawnej „rozpasanej” świetności, kolorowego queeru, amalgamatu klas społecznych. Na szczęście dla Twardocha, który nie potrzebował obecnej stolicy Niemiec dla swojej „berlińskiej” powieści. Studiował za to stare mapy i pocztówki. Zanurzał się w dawnych szpaltach gazet: „Prasa berlińska sprzed stu lat była dla mnie najbardziej wdzięcznym polem prowadzenia kwerendy; nawet wdzięczniejszym niż książki historyczne. Bo w gazetach jest wspaniale oddane to, że ludzie naprawdę nie mają pojęcia, co się dzieje wokół nich. Książka napisana pół wieku po wydarzeniach, ona zwykle już opiera się na głębokich badaniach, wtedy już naprawdę wiemy, co się działo. A mnie nie interesuje to, co się naprawdę wydarzyło. Mnie interesuje to, co było widoczne dla ludzi, którzy byli uczestnikami tych zdarzeń. Oni absolutnie nie mieli pojęcia, co się dzieje. No i ja właśnie bardziej szukałem tej niewiedzy ludzi z tamtego okresu, tej takiej mgły i ciemności, w której oni się wszyscy poruszali, szukałem raczej tego zagubienia, a nie jasnych odpowiedzi”.

   Wcześniejsze książki Twardocha zawierały elementy nadnaturalne jak mówiąca ziemia w Drachu czy latający waleń w Królu. W Pokorze już tego nie ma. Na poziomie narracyjnym rolę te przejmuje tajemnicza Agnes – rodzaj tajemniczej boginki, do której wolny od jakiejkolwiek relacji Alois lgnie, gdyż pragnie połączenia z czymś wyższym i większym, ważniejszym od siebie; to jego siła życiowa, ale także ostateczne zatracenie. Powieść Twardocha to praktycznie w całości inwokacja do Agnes, rodzaj monologu relacjonującego życie głównego bohatera, jego myśli i działania. Ich związek odznacza się uległością, poddaństwem, bałwochwalstwem i dominacją. Męskość i związane z nią negatywy jak wojna, przemoc itp. stawiane są pod znakiem zapytania. Męskość w tej książce jest niejako zawieszona między tożsamością, seksualnością, klasowością, rolami społecznymi. Kim ostatecznie jest Alois? Ślązakiem? Niemcem? Polakiem? Bolszewikiem?

Szczepan Twardoch, fot. © Arkadiusz Łuba

   
W Polsce książka zestawiana była ze współczesnością, kiedy to tym wyimaginowanym wrogiem jest od roku ukazania się książki 2020 społeczność LGBTQ, a wszelkie niewygodne fakty związane z polską historią są wypierane i fałszowane.

   Niektóre fragmenty, jak słynne zdanie z utworu hamburskiej kapeli punkowej Slime „Niemcy muszą umrzeć, żebyśmy my mogli żyć” są w stosunku do Niemiec krytyczne i sięgają 1844 roku i krytyki wyrażonej przez Heinricha Heinego w jego wierszu Tkaczki śląskie, które „tkają dla Niemiec całun i wplatają weń trzykrotne przekleństwo – Bogu, królowi i fałszywej ojczyźnie” [moje tłum. – A. Ł.]. Slime odwróciła w swoim utworze linijkę wiersza Heinricha Lerscha Pożegnanie żołnierza: „Niemcy muszą żyć, nawet jeśli my musimy umrzeć“, znajdującej się na pomniku 76. Hamburskiego Pułku Piechoty, postawionego w Hamburgu-Dammtorze w 1936 r. Lersch należał do NSDAP i w październiku 1933 roku podpisał Przyrzeczenie najbardziej lojalnych wyznawców Adolfa Hitlera (podobno jestem pierwszy, „i to wliczając również niemieckich dziennikarzy, którzy nie mają pojęcia, skąd się wzięło to »Deutschland muss sterben, damit wir leben können«”, który „odcyfrował wszystkie kolejne warstwy tej uroczej skądinąd pioseneczki, którą [Twardoch wkłada] w usta umierającego niemieckiego żołnierza”).

   Już „wiele razy niemiecka recepcja [jego] książek zadziwiała” Twardocha, tak że „nie ma pojęcia, jak [Pokora] może być w Niemczech przyjęta”: „Okazuje się, że niemiecka publiczność czyta te książki zupełnie inaczej niż polska; krytycy niemieccy zwracają uwagę na zupełnie coś innego niż polscy. To, co się w Polsce nie podoba, w Niemczech się podoba”. Pisarz zwraca uwagę, że „pewnie jest to także funkcja przekładu”: „Przekład artystyczny literatury na inny język zawsze jest tak naprawdę przełożeniem nie tylko języka, ale także kontekstu. Być może to już są troszkę inne powieści wtedy. Powieść dzieje się wtedy, kiedy jest czytana. No więc skoro czyta to niemiecki czytelnik, po niemiecku, ze swoim bagażem kulturowym, doświadczeń, no to to się jakoś wydarza od nowa“.

   Wypatruję, co nowego przydarzy się Pokorze.


środa, 19 stycznia 2022

Pierwszy queerowy król Polski – Słowacki? Marta Justyna Nowicka: „Słowacki. Wychodzenie z szafy”

il. 1

   Szczerze – nie interesuje mnie orientacja seksualna Słowackiego (ani nikogo innego), ani to, z kim sypiał, bądź nie sypiał; czy były to kobiety, czy mężczyźni. Na jego kaprysy, „szatanielstwo” (rzeczownik nawiązujący do pierwszej udanej próby odbrązowienia wieszcza – SzatAnioł Jana Zielińskiego), talent literacki nie miały wpływu ani płeć, ani orientacja seksualna. Zresztą w czasach, w których przyszło mu żyć, nie było definicji seksualności, a głęboką przyjaźń utożsamiano z miłością: „Początki przyjaźni między wieloma ludźmi epoki romantyzmu opisywane były językiem miłości”, jak przeczytamy w omawianej książce (s. 183).
 
   
Marta Nowicka udowadnia z powodzeniem w Słowacki. Wychodzenie z szafy, że na wieszcza i jego utwory można spojrzeć przez pryzmat gender i queer studies, że można czytać go wciąż na nowo. Pociąga to za sobą spiralę interpretacji i inspiracji. Bo weźmy na warsztat choćby Poema Piasta Dantyszka z 1839 roku i taki tam fragment: 
O! Polsko! Polsko! Święta! Bogobojna!
Jeżeli kiedy jasna i spokojna
Obrócisz twoje rozwidnione oczy
Na groby nasze, gdzie nas robak toczy;
Gdzie urny prochów pod wierzby wiosenne
Skryły się dumać jak łabędzie senne;
Polsko ty moja! gdy już nieprzytomni
Będziemy — wspomnij ty o nas! o! wspomnij!

   Cytowany fragment to apel o zachowanie ciągłości pamięci. O zmarłych mają pamiętać przyszłe pokolenia – także o zmarłym Słowackim i jego queerowej wersji, a jakże! Ją to Naczelnik Państwa wyniósł na trony królewskie, zmieniając w ten sposób pogrzeb w akt koronacyjny (proszę o tym pamiętać: pierwszym queerowym królem Polski jest być może właśnie Słowacki!). Józef Piłsudski był wielbicielem jego twórczości. W swoim przemówieniu podczas składania zwłok poety na Wawelu w dniu 28 czerwca 1927 r. cytował Beniowskiego, Rozmowę z matką Makryną Mieczysławską, Wacława. Wierny rozkazom żołnierz zapuścił się w tereny wojsku z definicji obce – w sztukę poetycką. „W imieniu rządu Rzeczypospolitej polecił panom odnieść trumnę do krypty królewskiej, [by/bo] królom był równy” (wielu ówczesnych słuchaczy tej mowy stwierdziło, że Piłsudski powiedział nie „by”, ale „bo”). Jak widać, granice są płynne (o płynnych granicach seksualności będzie jeszcze mowa), wszak i wieszcz Słowacki był onegdaj poetyckim patronem Legionów. Naczelnik czyni zeń nie tylko króla, ale także Boga: „Są ludzie i są prace ludzkie tak silne i tak potężne, że śmierć przezwyciężają”, bo kto inny śmierć przezwyciężył, jeśli nie Chrystus, boży syn.
 
il.2
   Miejsce przemowy Marszałka i miejsce pochówku poety wpisują się w pejzaż iście romantyczny: zamek, dziedziniec arkadowy, krużganek, a później krypty i groby, gdzie – niczym w Mickiewiczowskich Dziadach – pośród umarłych świętują żywi. Ale dzięki okładce książki (na której wysoce artystyczna, zasługująca na uwagę i uznanie ilustracja Bartka Arobala Kociemby, ukazuje nieco zniewieściałą, delikatną niczym znany kołnierzyk Słowackiego twarz poety i sytuuje ją gdzieś w opozycji do mocnych, niekiedy wulgarnych prac Toma of Finland, ukazujących nowy archetyp geja charakteryzującego się siłą fizyczną i psychiczną oraz pewnością siebie i swobodą seksualną) trzeba by sobie Julka wyobrazić także w innym miejscu – jak nieśmiało porusza się wśród brokatem lśniących ścian, pluszem wyłożonych sof i foteli, jak sortuje jedwabne apaszki, ażurowe pończochy i muślinowe czy koronkowe żaboty, a może także pomiędzy labiryntami dark roomów, a może wręcz jak prowokuje wśród publicznych szaletów, bocznych miejskich uliczek, ciemnych parkowych ścieżek, czy innych cruising areas odpowiadających jego czasom. Tego Nowicka w swojej książce niestety nie odtwarza.

   Stwierdzenie, że Słowacki nie mieści się w ramach epoki, w której przyszło mu żyć, zakrawa na banał. Według Marii Janion „romantyzm polski był wielkim odkryciem inności” (Słowiańszczyzna, szaleństwo i śmierć). Z kolei dla Tomasza Kitlińskiego i Mateusza Skuchy „wielkie odkrycie inności” to twórczość Słowackiego. Udowadniają oni w swoim szkicu Słowackiego fragmenty dyskursu erotycznego, że bycie pożądanym przez adresatów listów „jest gwarantem ukonstytuowania się tożsamości Juliusza”. Na potwierdzenie swojej tezy cytują Michała Pawła Markowskiego z tekstu pt. Dyskurs i pragnienie: „To Pożądanie pozwala człowiekowi powiedzieć »Ja«”, przyczynia się więc do konstytucji tożsamości. „Pragnąc innego pragnienia – zauważa Markowski za Lacanem – pragniemy uznania nas samych. To dzięki uznaniu przez innych będziemy mogli ostatecznie powiedzieć Ja, co oznacza, że Ja buduje się na zwrotnej informacji odbitej od innego pragnienia. Innymi słowy: Ja uzyskuje tożsamość dzięki uznaniu innych”. Czy nie o to zabiegał wyobcowany wieszcz, o którym Mickiewicz miał powiedzieć, „że jego [Słowackiego] poezja jest śliczna, że jest to gmach piękną architekturą stawiony, jak wzniosły kościół – ale w kościele Boga nie ma”?

   Juliusz nie krzepił serc w sposób, w jaki to robił Adam; do powstańczego zrywu nie inspirował tak jak on. Zamiast na kwestiach zbiorowości i narodowych skupił się na jednostce. Nigdy nie założył rodziny, nie spłodził potomka. Kobietom – bohaterkom swoich największych utworów – przypisał obowiązujące onegdaj cechy na wskroś męskie – kazał im mordować, zdradzać, instrumentalizować. Dodatkowo nasycił je wyrazistymi namiętnościami. „Próżno tak wielu wyraźnych i władczych bohaterek szukać chociażby w twórczości Mickiewicza, co świadczy poniekąd o genderowej wrażliwości autora Balladyny”, czytamy w Wychodzeniu z szafy (s. 142). Odstawał językiem i postawą. Chyba nie popełnię grzechu, jeśli pokuszę się o pewne porównanie: Jak Joyce – zdaniem T.S. Eliota – zabił i pogrzebał wiek XIX w literaturze, tak Słowacki zabił i pogrzebał być może polski romantyzm w polskim romantyzmie. Był inny i nie przystawał – ani życiem, ani dziełem do obowiązujących ówcześnie ram. Trudno samemu dźwigać takie brzemię... „Słowacki próbował zrozumieć, dlaczego nie został stworzony na podobieństwo innych ludzi, ale nie znalazł jednoznacznej odpowiedzi. Z cierpienia, jakie może wywołało u niego początkowo poczucie odmienności, kompleks niższości oraz idące za nimi odrzucenie ze strony najbliższych, odważnie stworzył za to swój największy atut – zgodę na bycie innym”, jak pisze Nowicka (s. 103).

   Interesuje ją Inny z perspektywy płci i seksualności; szuka „pierwiastka erotycznego czy może element[ów] pożądania”: „Niedostrzeganie, że relacja pomiędzy dwiema osobami tej samej płci może być czymś więcej niż przyjaźnią” uważa za błąd uogólnienia (s. 196). Błędem uogólnienia może być jednak także szukanie czegoś więcej niż przyjaźni (i/lub głębokiej, niemalże erotycznej fascynacji) tam, gdzie być może niczego więcej nie było (Słowacki pisał wszak też do matki: „Nie mam żadnego przyjaciela, któremu bym o wszystkim mówić mógł otwarcie”; list z 10 lipca 1838 r.). Nie dziwi mnie testamentowe uposażenie czuwającego czy wręcz śpiącego przy nim portiera Milleta. Zdefiniował bliskość dosłownie; bliskich z rodziny przy nim nie było, a matka „zdążyła” przyjechać na grób syna dwa lata po pogrzebie.

   W tytule tego omówienia wyniosłem Słowackiego na pierwszego queerowego króla Polski nieco pospiesznie i nieco na wyrost. W ostatecznej wersji dodałem doń zatem pytajnik. Nowicka używa w tytule swojej książki gerundium – »wychodzenie«. Rzeczowniki odczasownikowe rozumie się jako czynność odbywającą się w chwili mówienia, niczym angielski czas teraźniejszy ciągły – present continuous. Dana czynność jeszcze się dzieje, jeszcze się nie dokonała i nie wiadomo, czy w ogóle się kiedyś dokona; płynie niczym seksualność Słowackiego, o którym trudno powiedzieć, czy był hetero, homo, bi, czy aseksualny („Jaki rodzaj relacji połączył Słowackiego z Krasińskim? Przyjaźń, kochanie, połączenie duchowe, a może »romans życia nie skłamany w niczem«? Pytanie to pozostaje otwarte. Odpowiedź na nie wydaje się wyłącznie kwestią nazewnictwa”, jak konstatuje sama autorka – s. 250). Zresztą określenia te przyniosły dopiero wieki późniejsze. Już starożytni Egipcjanie sypiali z kim chcieli, niczego nie definiując. „Wielozmysłowa, wieloznaczna, histeryczna poezja Juliusza Słowackiego opowiada podmiot w procesie. Tworzy wręcz podmiot w procesie, jego stawanie się, dzianie się podmiotowości wszechpłciowej”, jak chcą Kitliński i Skucha.

   Wszechpłciowy Słowacki Nowickiej wypływa więc z szafy, jest pełniejszy, wielowymiarowy. Oglądamy go z różnych perspektyw, głównie przez pryzmat ciała. Ale nie ma dowodów na to, że kiedykolwiek spał z innym mężczyzną. Autorka wyklucza też (za Zielińskim) jego akty seksualne z kobietami. Krąży wokół koncepcji romantycznej miłości, cytuje i omawia listy polskich romantyków, chwyta się występujących w nich czułych zwrotów, ale jakoś tak podskórnie za mało mi z tego wynika wprost, za dużo kłębi się tu domysłów („czytanie zachowanej korespondencji wieszczów przypomina składanie puzzli z kilku różnych zestawów”, s. 224), a więc też nie do końca mnie przekonuje i skłania do wzmożonej uważności; otwarte pozostawia także pytanie, ile nieheteronormatywności jest w utworach Słowackiego (a przecież patrząc także z tej perspektywy ciekawi, dlaczego tytułowemu bohaterowi „nie wychodzi” z żadną kobietą w Kordianie; dlaczego Zawisza woli walczyć z demonami zamiast „osiąść” u boku pięknej Laury; w jakie związki wikłają się mężczyźni i kobiety z tą samą i z przeciwną płcią). Szkoda więc, że badaczka poddaje obszernej analizie jeden tylko tekst literacki wieszcza – Godzinę myśli (choć warto tu także odnotować i zwrócić uwagę na pomniejsze przemyślenia dotyczące Fantazego, W Szwajcarii i Króla Ladawy, rzucone tu i ówdzie). Jednoznacznie pokazuje za to proces autokreacji poety w listach, jego silny związek z matką, jej nad nim dominację i próbę uwolnienia się syna z tej toksycznej relacji i jego monumentalną samotność wynikającą z inności. Zatrzymuje się nad relacją Słowackiego z Krasińskim. Czyni też daleko posunięte porównania z życiorysami i dziełami Gombrowicza, Stachury, Świetlickiego, Charamsy, Witkowskiego, nie bacząc na różnorodność epok i konwencji, w jakich przyszło im żyć. [Dziennik z lat 1847-1849] nazywa jego wydawca, Jacek Brzozowski, „dziennikiem intymnym, pisanym jakby w samotności, ‘nocą’”. Taki intymny dziennik – Kronos – miał Gombrowicz i to w nim znaleźliśmy ostateczne potwierdzenie seksualnej płynności pisarza. Dlaczego Słowacki – tak drobiazgowy w notatkach, tak zorganizowany i skrupulatny, nie zanotował swoich rzekomych męskich podbojów w Raptularzu? Badaczka ma swoje przypuszczenia: „Szczegółowe wyliczanie pozbawionych otoczki faktów pozostawia wrażenie, że ma się do czynienia z szyfrem lub celowym pominięciem innych treści” (s. 114). Śmiem jednak wątpić, że autor Lilli Wenedy ma swoją Ritę, skrywającą gdzieś jeszcze rękopis, w którym wieszcz nam się odkryje.

   A jednak lektura Słowacki. Wychodzenie z szafy ma w sobie coś ze śledztwa, z sensacji, z odkrywania. Jest to wersja doktoratu, którego sztywną naukowość złagodzono w „giętkim” – by pozostać w rejestrach Słowackiego – języku popularnonaukowym. I kieruje tok myślenia na nowe tory. To zdecydowanie zalety tej książki. Także jej cel został osiągnięty: „Więcej twarzy Słowackiego do dziś czeka na przeczytanie, odczucie i pokochanie – z takim wrażeniem chciałabym pozostawić czytelników i czytelniczki po lekturze niniejszej pracy” (s. 17). Nowicka ukazuje człowieka dumnego, silnego i odważnego; człowieka nawet nie nieheteronormatywnego, ale po prostu – nienormatywnego, nie poddającego się schematom i uniemożliwiającego jego jednoznaczne opisanie. Czekam zatem, kto pokusi się o analizę jego dzieł z perspektywy nie(hetero)normatywnej. Z pewnością byłaby to porywająca lektura... A o tym, że jest co czytać, świadczą choćby Dezorientacje. Antologia polskiej literatury queer (pod red. Błażeja Warkockiego, Alessandro Amenty i Tomasza Kaliściaka), o których jeszcze będzie mowa na tym blogu.

piątek, 10 grudnia 2021

Kocham cię, więc cię biję! – „Beze mnie jesteś nikim. Przemoc w polskich domach” Jacka Hołuba

   
Co w tej książce od razu uderza to to, że nie są to zdarzenia sprzed 150 lat, kiedy to kobiety nie miały żadnych praw, albo ze średniowiecza, gdzie tortury były na porządku dziennym; to wszystko dzieje się we współczesnej Polsce w XXI wieku – są to teksty powstałe między lutym 2020 a kwietniem 2021 roku – w dobie lansowanych przez „Prawo i Sprawiedliwość” zestawu cnót niewieścich, klauzul sumienia lekarzy, zakazów aborcji itp. – prawdziwy rząd dusz i ciał.

   „Trzydzieści procent [czyli ponad dziewięć milionów] dorosłych Polaków wskazało, że było sprawcą lub sprawczynią przemocy w rodzinie. Siedemnaście procent skrzywdziło bliskich kilka razy, a trzy procent – wiele razy”, Hołub cytuje badania przeprowadzone na zlecenie Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej: „Do stosowania przemocy psychicznej przyznało się najwięcej osób (24 procent), w dalszej kolejności do fizycznej (11 procent), a w najmniejszym zakresie do ekonomicznej (5 procent) i seksualnej (2 procent)”.

   Przemocowcami nie są przybysze z obcych planet, wampiry, upiory albo zombie; to nie potwory sztucznie wytworzone w laboratoriach; nie, wszystko to dzieje się w otoczeniu najbliższych! I to najbliżsi są sprawcami cierpień. Hołub pisze we wstępie: „Mężczyźni katują żony i dzieci. Bici synowie dorastają i znęcają się nad swoimi partnerkami i dziećmi. Krzywdzone dziewczynki wpadają w szpony toksycznych mężów. Dorosłe dzieci dręczą zniedołężniałych rodziców. Silniejsi terroryzują słabszych, zdrowi niepełnosprawnych, ci, którzy mają władzę, kontrolują i ranią swoich podopiecznych. Przez nasze domy płynie rzeka agresji, bólu, cierpienia i nienawiści. W telewizyjnych materiałach – o mężach mordujących żony, ojcach gwałcących córki, molestujących siostry czy kobietach znęcających się nad dziećmi – widzimy tylko jej brzegi. Oficjalne statystyki to wierzchołek góry lodowej” (s. 8).

   Poprzednie książki Jacka Hołuba to losy ludzi wykluczonych, krzywdzonych, doświadczających często przemocy instytucjonalnej ze strony państwa (matki niepełnosprawnych dzieci, osoby z niepełnosprawnościami), instytucjonalnej i rówieśniczej (osoby w spektrum autyzmu w szkołach). Beze mnie jesteś nikim zostało napisane, „by pokazać, co kryje się pod spodem – jak wygląda prawdziwe oblicze przemocy domowej”. Najważniejszym celem nie było samo ukazanie przemocy, ale „żeby zrozumieć ‘dlaczego?’. I co można zrobić, żeby pomóc osobom doznającym przemocy i sprawcom”, zdradził mi w korespondencji. Nie wiedział, dokąd go „zaprowadzi próba uzyskania odpowiedzi na to pytanie”. Impuls do napisania dała mu historia Karoliny Piaseckiej, maltretowanej żony ówczesnego radnego PiS z Bydgoszczy (rodzinnego miasta autora), „która strasznie go poruszyła”. Szukając tematów do nowej książki reporter zarzekał się, że przemoc domowa to jedyny temat, „którym się nigdy nie zajmie”: „Uznałem wtedy, że nie byłbym w stanie zmierzyć się z tak strasznym i ciężkim tematem. Chyba rok później zacząłem już zbierać materiały”, napisał mi.

   Tu cytuję z naszej korespondencji:
„Im głębiej zanurzałem się w historie moich bohaterek (bo to głównie kobiety były moimi rozmówczyniami, chociaż nie tylko one doznają przemocy), tym bardziej czułem, jak ważne jest nie tylko opisanie tego, co je spotkało, ale także zrozumienie mechanizmów, które sprawiają, że tak trudno jest im się wyrwać z przemocowych związków, że czują się winne temu, że są krzywdzone, że się tego wstydzą; że sprawca przejmuje kontrolę nad ich życiem, a tak wiele krzywdzonych psychicznie nie zdaje sobie sprawy, że doświadcza przemocy. Jak krzywdzące dla ofiar mogą być nasze oceny i rady, jak bardzo ulegamy stereotypom dotyczącym przemocy domowej. Chciałem spróbować odczarować te stereotypy, pokazać, dlaczego maltretowana kobieta, której konkubent ma zakaz zbliżania się, przyjmuje go z powrotem pod swój dach; dlaczego osoby krzywdzone tak często odwołują zeznania. Zależało mi również na tym, żeby ‘zajrzeć w dusze’ sprawców. Zastanowić się, jak można im pomóc, żeby nie powielali przemocowych zachowań w kolejnych związkach, bo samo karanie nie wystarczy. I wreszcie chciałem pokazać jak niszcząca jest przemoc, także psychiczna, także dla małych dzieci, które są jej świadkami”.

   Niepokoi ukazana w tej książce ogólna nieczułość większości społeczeństwa i sądów, opieszałość tych ostatnich, a także mechanizmy niejako skazujące ofiary przemocy na trwanie w toksycznych związkach. Wstyd, nadzieja na zmianę oprawcy na lepsze, przywiązanie oraz – co najgorsze – wyczerpanie fizyczne i psychiczne, uniemożliwiają podjęcie jakichkolwiek działań. Ofiary popadają w tzw. wyuczoną bezradność. Kiedy tracą wpływ na to, co ich spotyka, stają się bierni i apatyczni. Jednocześnie chwytają się tego, co w ich sytuacjach dobre i starają się ignorować to, co złe.

   Przemoc w rodzinie to zjawisko skomplikowane i złożone. Chciałoby się kolokwialnie stwierdzić, że tak skomplikowane i złożone, że włosy stają dęba. Wbił mnie w recenzenckie krzesło tekst pt. Jestem szarym kamieniem o farmaceucie Łukaszu, który związał się z Sylwią, prawniczką w renomowanej kancelarii adwokackiej, dręczoną psychicznie i bitą przez ojca alkoholika w dzieciństwie. Mimo że Kiciu i Mysia, jak czule siebie nazywali bohaterowie, nie grają żadnych ról u Hitchcocka, ich doświadczenia „godne są” niejednego dzieła tego mistrza thrillerów. Jak wulgarna, zaborcza, agresywna i wyrachowana może być tzw. kobieta po przejściach, jak może katować mężczyznę, który oddaje jej wszystko, jak niezadowolona z każdego detalu według własnego widzimisię, proszę sobie dopowiedzieć albo przeczytać oryginał Hołuba. Ten tekst wstrząsa. A później proszę zamienić obie płcie rolami w taki sposób, że to mężczyzna jest oprawcą niszczącym kobietę; albo wyobrazić sobie kobietę, która maltretuje dziecko, albo stosunki kazirodcze w każdej możliwej konfiguracji. Autor przytacza historie na każdą możliwą konfigurację i każda z tych historii zapiera dech w piersiach. Przy czym – jak czytamy – częściej „facet bije, a kobieta manipuluje” (s. 137).

   Hołub opisuje wyrafinowane metody przemocy fizycznej, psychicznej, ekonomicznej i seksualnej, a także metody kamuflażu sprawców i ofiar; oddaje głos osobom doświadczającym przemocy; pyta psycholożki, terapeutki, specjalistów i specjalistki od przemocy domowej, zawodowo wspierających pokrzywdzone i pokrzywdzonych; uczestniczy w spotkaniach anonimowej grupy przemocowców; stara się zrozumieć skomplikowane mechanizmy, które można sprowadzić do jednego prostego pytania: „Dlaczego ludzie, którzy twierdzą, że kochają innego człowieka, znęcają się nad nim?” Rozdział pt. Jesteś już po drugiej stronie zbiera relacje trzech kobiet, które uciekały od swoich katów, często narażając się na utratę zdrowia i życia. Uzmysławia determinację ofiar, często jest to ostatni dzwonek przed próbami samobójczymi. Wszystkie zebrane historie ukazują, że wychodzenie z patologicznego związku to indywidualny proces, trwający proporcjonalnie długo do czasu tkwienia w przemocy. Przemoc jest dziedziczna.

   Rozdział Ślady o molestowaniach seksualnych przypomniał mi osobistą historię. Pamiętam, że kiedy byłem uczniem pierwszych klas podstawówki, w okolicy, w której mieszkałem, miał „grasować” ekshibicjonista. Nigdy go co prawda nie spotkałem. Ale rodzice wcześniej mnie uwrażliwili, jak powinienem się zachować, jeśli go spotkam. Dostałem także gwizdek, którym miałem wzywać pomocy i zwracać uwagę przechodniów, a także wystraszyć dręczyciela. Przy tej okazji zwrócili mi uwagę na inne możliwe zdarzenia na tle zboczeń seksualnych. Gdyby ktoś usiłował mnie skrzywdzić, powinienem od razu szukać najbliższej pomocy, „kopać w krocze” oraz niezwłocznie im o tym powiedzieć. Pamiętam, jak ojciec uczył mnie „chwytów” i boksowania. Nigdy nie musiałem ich stosować. Miałem szczęście. Ale ilu takiego szczęścia nie miało...

   „Ta książka pożarła kawał mojej duszy, po jej napisaniu długo dochodziłem do siebie”, przyznaje przede mną Hołub. Dowiedziałem się, że „po wydaniu książki jeszcze nigdy wcześniej nie dostawał tylu maili i wiadomości od czytelniczek i czytelników, w tym od znajomych, które i którzy sami doświadczyli, w różnej formie, piekła przemocy domowej”. Jak mi zdradził, Hołub nigdy by „nie przypuszczał, że coś takiego mogło spotkać także ich”. Zdał „sobie sprawę, jak złudne jest myślenie, że żaden z przyjaciół i znajomych nie doświadcza przemocy lub nie krzywdzi innych”.

   Jeszcze przez długi czas Hołub unikał później zaglądania do notatek i materiałów (akt sądowych, zdjęć, nagrań), które zgromadził w czasie pracy. Nie chciał czytać artykułów o przemocy domowej. Napisana z wyczuciem i olbrzymią ilością empatii książka Beze mnie jesteś nikim otwiera oczy na przemocowe zło zagnieżdżone w polskich domach. Powinna stać się lekturą obowiązkową. W nadziei, że nie zeżre ona duszy czytelników i czytelników – polecam!



wtorek, 23 listopada 2021

Nie mieści się w głowie – „Obwód głowy” Włodzimierza Nowaka wciąż aktualny

   Kiedy sięgnęło się po książkę Włodzimierza Nowaka Obwód głowy i zaczęło ją czytać, trudno odłożyć ją na bok. Wciąga. Wciąga rzeczowym tonem opowieści, prostotą (a przy tym nierzadko głębokością) zdań napisanych przez samo życie, fascynacją dla ludzkich losów – choć trudnych, to prawdziwych. „To książka o sprawach, które nie mieszczą się w głowie”, pisze Nowak w Zapiskach z podróży z »Obwodem głowy«: „I o tym, jak po nich żyć”.

   Z książką tą dotarł przed kilkoma dniami do stolicy Niemiec (także w tym mieście pierwsze z niej czytanie u zachodnich sąsiadów miał przed ponad dwunastoma laty – w Federalnym Ministerstwie Spraw Zagranicznych) na festiwal Polsko-Niemieckie Forum Literackie UNRAST Berlin. Spotkanie z autorem, zatytułowane „Ryzyko ucieczki”, poprowadziłem 18. listopada 2021 r. w Maschinenhaus w Kulturbrauerei przy Knaackstraße 97 (zob. fot. 1).

   Trudno zapomnieć te paręnaście losów ludzkich wpisanych w polsko-niemiecką historię pogranicza. Losy protagonistek i protagonistów Nowaka są tak indywidualne i specyficzne, jak indywidualna i specyficzna może być historia jednostki. Ich generalizujący paradoks polega na tym, że podobne doświadczenia – wyrosłe na kanwie drugiej wojny światowej, ucieczek i wypędzeń, zimnej wojny i upadku muru berlińskiego – spotkały wiele tysięcy ludzi.

fot. 1: od lewej: prowadzący Arkadiusz Łuba i reporter Włodzimierz Nowak podczas spotkania pt. „Ryzyko ucieczki” w ramach festiwalu Polsko-Niemieckie Forum Literackie UNRAST Berlin, 18.11.2021 r.

   
„[...] Pytam, czy wiedzieli, że za nielegalne przekraczanie granic grozi areszt?
— Myślałem, że wszyscy zdają sobie sprawę, jaka jest sytuacja w Afganistanie, i że będą nam pomagać, a nie aresztować.
— A jeśli Polacy was deportują?
— Talibowie nas zabiją. [...]
Zdaniem pograniczników Polska jest jak rybacka sieć. Ryba wpływa wschodnią granicą prawie bez żadnych ograniczeń, przemierza cały kraj i dopiero na granicy zachodniej łapią ją Polacy albo Niemcy. [...] Major Jerzy Olszowski z wydziału ochrony granicy z Krosna Odrzańskiego uważa, że nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć granicy zachodniej w stu procentach. — Nie można przecież wrócić do zasieków i drutów pod napięciem ani do trzepania samochodów od kół po dach, jak bywało po wojnie. Dziś tylko na przejściach Lubuskiego Oddziału Straży Granicznej odprawiamy rocznie czterdzieści milionów samochodów!” (s. 209, 213)

   Cytowany powyżej fragment reportażu Przejdziem Nysę, przejdziem Odrę pochodzi z roku 1998 (książka jest zbiorem tekstów, które ukazały się w „Magazynie Gazety Wyborczej” i „Dużym Formacie” w latach 1997–2006; pierwsze wydanie książkowe ukazało się w 2007 r. w Wydawnictwie Czarne). Polska wstąpiła do Unii Europejskiej w roku 2004. Granice Wspólnoty nieco się od tej pory poprzesuwały. Ale to, co jest tematem reportażu – ludzkie migracje w poszukiwaniu lepszego (i bezpieczniejszego!) miejsca do życia, szmuglowanie uciekinierów przez granice – nadal pozostaje aktualne, jakby czytało się dzisiejsze wiadomości. Nadal jest to wschodnia granica Unii i nadal aktualny problem.

   Dobra literatura jest ponadczasowa. Dobra literatura jest uniwersalna. Na moje pytanie, na jak to jest z dobrym reportażem i czy także on potrafi być ponadczasowy, Nowak odpowiedział: „Prawdę mówiąc, zwątpiłem w swój reportaż, w ogóle do niego nie wracałem; w tej sytuacji, która teraz jest, wydał mi się bardzo odległy, nieaktualny i w ogóle nie na temat. Mamy gdzie indziej granice Schengen, mamy zupełnie innych graczy. Tak mi się wydawało, dopóki Pan nie zmusił mnie do ponownego przeczytania tego tekstu. Przeczytałem go i stwierdziłem, że właściwie nic się nie zmieniło. Nie chcę powiedzieć, że to świadczy o sile reportażu, tylko że nasze różne stereotypy i zachowania bardzo wolno się zmieniają. Tak samo jak wtedy, ciągle nie rozumiemy tego, co się dzieje w dalekich krajach, dlaczego ludzie uciekają do Europy.”

   Ryzyko ucieczki (widziane także metaforycznie) to temat odwieczny. Jak nas zmienia? Co z nami robi? Czego wymaga? Jakie są takiej ucieczki konsekwencje? – Kilka z nich uwidacznia w swojej dosłowności już powyżej przytoczony krótki fragment – utrata zdrowia, aresztowanie, rozprawa sądowa, deportacje, śmierć. W  podróży za (prze)życiem pokojem, marzeniami, szczęściem uciekinierzy stawiają wszystko na jedną kartę. Reporter mierzy się z tematami egzystencjalnymi. Empatia pomaga w ich rozumieniu.

   Banalne wydaje się dzisiaj stwierdzenie, że opowiadanie poruszających losów ludzkich mogłoby zmienić świat, gdyby wzbudziła w odbiorcach nuty empatii, uwrażliwiła ich na krzywdę innych. Historia pokazuje, że władcy tego świata takich reportaży nie czytają i są nieczuli. Smutne obserwacje pokazują, że także ludzkość w większości niewiele się z tych historii nauczyła. Jak prosto tą ludzkością manipulować, jak łatwo pokazywać jej wystylizowanego na groźnego Innego, który natychmiast staje się intruzem i wrogiem.

   Tytułu użyczył książce pomieszczony w niej reportaż z roku 2000 – o Alodii, dziewczynce, której ojciec (znakomity polski medyk, działający w podziemiu; wynalazca „środków chemicznych do niszczenia silników wroga, specjalnych gwoździ do przebijania opon i małych bomb termicznych z kilkudniowym zapłonem, a także specyfiku niszczącego nerki, śledzionę albo zatrzymującego akcję serca”) został zamordowany przez Gestapo, jej matka wywieziona do Auschwitz, a ona sama trafiła do programu czystości rasy, z uwagi na jej – według projektanta programu Heinricha Himmlera – „znakomite geny”, „właściwy” obwód głowy, rozstaw oczu, kształt nosa, z przeznaczeniem na zgermanizowany „inkubator” potencjalnych przywódców Niemiec. Z suchych reportażowych faktów wyłania się tragiczna historia dziecka o dwóch matkach (biologicznej polskiej i „z przydziału” niemieckiej), wielokrotnie przestawiającą swoją językową mentalność, pamięć, otoczenie. Obraz, a wraz z nim wymiar uczuć, wyłaniają się w tym tekście stopniowo niczym puzzle. Zdanie „Jak długo była pani u tej Niemki?” jest sercem tego reportażu, który od tego momentu przyśpiesza, tudzież wchodzi w zakręt uczuć. I uczy za Hamletem mówiącym do Horacja, że „więcej jest rzeczy w niebie i na ziemi, niż się wydaje naszym filozofom”. Sam autor reportażu był zaskoczony odpowiedzią („Brzydko pan mówi. Więcej szacunku. To moja Mutti.”) i zbity z tropu: „Jakbym dostał po łapach od prawdziwej historii”, przyznawał: „Miałem dużo szczęścia, że zadałem to pytanie i że Alodia tak szczerze mi odpaliła”, powiedział podczas spotkania w Berlinie: „Właściwie od tego zdania zaczął się reportaż. Do tego momentu słuchałem w zasadzie kolejnej opowieści o germanizacji polskich dzieci, o czym już wszystko wiedziałem. Oczywistość zabija reportaż i opowieść. Zakręt, o którym pan mówi, spowodował, że wszystko się zmieniło. Nagle moja bohaterka była wyjątkowym człowiekiem na świecie, bo miała dwie matki”.

   Co udaje się reportażom wypracować, zmienić, polepszyć? Co napędza ludzkie dobro i ludzką nienawiść? Jakie mechanizmy wpływają na życie jednostki i jak sobie z nimi radzić? – To wciąż aktualne pytania. Obwód głowy ułatwia ich zadawanie, zachęca do dyskusji, wzbudza emocje, uczy tych, którzy chcą się uczyć.

sobota, 2 października 2021

Wynik pozytywny: wspólny komiks Wojciecha Stefańca i Rafała Szłapy o Europie walczącej z Covidem

   Czytać komiksy (książki) na ekranie komputera w PDFie to jakby oglądać operę na laptopie. Wszak po co idzie się do opery? Po co ten cały rytuał? – dla zmysłów i dla zmysłowości przedstawienia (wszak nie dla zasypiających kołtunów). Tak i ja muszę się przyznać, że niechętnie czytam książki – a komiksy z całą ich obrazową zmysłowością – na ekranie komputera, nawet jeśli zostanę o to poproszony. Tak było i w przypadku Paneuropa vs Covid-19, który jest trzecim komiksem w serii z Paneuropą. A poprosił mnie szef Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego, które koordynuje projekt. Ale czytać komiks w PDFie, o Covidzie, który między innymi przyczynił się do tego, że sporo przedsięwzięć analogowych jak koncerty, teatr, kino, wystawy przeniosło się do internetu i przez to na ekran komputera?!... Nie jestem masochistą.

   Do lektury przekonały mnie malarskie pociągnięcia pędzla w kadrach Wojciecha Stefańca, a także klarowna, czysta kreska Rafała Szłapy, bo oto tych dwóch artystów podjęło się stworzenia komiksu do scenariusza Tobiasza Piątkowskiego. Kto by pomyślał, że te dwa tak odmienne od siebie – także w sposobie kreacji (Stefaniec maluje najpierw każdy kadr na arkuszu formatu a3, skanuje je i składa w plansze, Szłapa pracuje cyfrowo od początku) – style będą się tak dobrze uzupełniać i współgrać.

   O pierwszym komiksie serii – Paneuropa vs. Pandemonium (scen. Grzegorz Janusz, rys. Tomasz Piorunowski, 2019) – udało mi się porozmawiać z Piotrem Świtalskim z Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, wydawcą komiksu, podczas jego premiery na jubileuszowym 30. Międzynarodowym Festiwalu Komiksów i Gier w Łodzi – po niemiecku, na potrzeby niemieckojęzycznej redakcji radiowej, z którą współpracuję. Komiks pokazywał, że tylko pod zjednoczoną flagą, wspólnie, można uporać się z zagrożeniami spadającymi na Europę, jak brak jednego wspólnego głosu, solidarności, a także jak hasła populistyczne. 
Była to historia wspólnej walki o ochronę dziedzictwa kulturowego Europy. Monolit-wróg [pod postacią metalowej dłoni z okiem pośrodku – nawiązanie do Bladego Potwora mającego takie własnie dłonie, granego przez Douga Jonesa w Labiryncie fauna (reż. Guillermo del Toro, 2006), por. poniżej] łaknął wtedy bezmyślnej uniformizacji i przemiany Europejczyków w bezwolne pionki, odrzucał dewizę „in varietate concordia” (łac. zjednoczona w różnorodności); który nie rozumiał, że „Europa, w ciągu ponad półwiecza stworzyła sojusz narodów zdolny do skutecznej obrony swoich obywateli i wartości”, pisał we wstępie do pierwszego tomu Marek Prawda, ówczesny Dyrektor Przedstawicielstwa. Do walki stanęli m.in. Pan Twardowski, Syrena, Atena, Bazyliszek, Golem, Romulus i Remus, bohaterowie bajek, legend i mitów ze środka Europy.

Monolit w komiksie Paneuropa vs Pandemonium Grzegorza Janusza (T) i Tomasza Piorunowskiego (R), s. 32, © Unia, Europejska, 2019 i dłoń Bladego Potwora w Labiryncie fauna Guillermo del Toro, 2006

   Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej w Polsce świadomie sięgnęło po medium komiksowe, które stanowi „jeden z filarów współczesnej komunikacji, a wielu wybitnych twórców podniosło sztukę komiksu do rangi istotnego elementu współczesnej kultury europejskiej i polskiej”, jak pisał Prawda. Medium to także masowo, a przez to skutecznie, było (i jest!; drastycznie zmniejszyły się tylko nakłady) wykorzystywane w celach propagandowych, jak między innymi budowanie mitu, iluzji i – wiary w to, co się opowiada; budowanie i utrwalanie stereotypów, programowanie myślenia odbiorcy zgodnego z życzeniem nadawcy. Według Piotra Świtalskiego Przedstawicielstwo próbuje przedstawiać swoje pomysły i przesłania dotyczące zjednoczonej Europy nowym odbiorcom. „Odbiorcy, których do tej pory nie za dobrze znaliśmy, albo raczej, którzy nas nie znali – to czytelnicy komiksów”, mówił mi w wywiadzie: „Wspólnie z twórcami komiksowymi wpadliśmy na pomysł, by stworzyć komiks poruszający temat Unii Europejskiej”. Świtalski widzi Europę jako remedium opierające się zagrożeniom zarówno w historii komiksowej jak i w realnym świecie, kiedy musi stawić czoła różnym kryzysom. Brexit, fale uchodźców czy w końcu pandemia Covida (temat najnowszego tomu, o czym za chwilę) mogą ujawniać wewnętrzne skłócenie kontynentu, ale także jego siłę, kiedy wspólnie te kryzysy przezwycięża.

fragment komiksu Paneuropa vs Covid-19 Tobiasza Piątkowskiego (T), Wojciecha Stefańca i Rafała Szłapy (R), s. 5-6, © Unia, Europejska, 2021

   Tak więc w trzecim tomie serii o Paneuropie legendarni bohaterowie mierzą się z wrogiem chcącym wykorzystać pandemię Covid-19 do skłócenia Europejczyków. Pan Twardowski wspierany przez nieustraszoną Atenę, Bazyliszka, poliglotę Hieronimusa i alchemika Sędziwoja, ruszają w kolejną misję. Na swojej drodze spotykają lekarzy, naukowców i „zwykłych” Europejczyków, aby w końcu zmierzyć się z wrogiem – z antyczną boginią niezgody, chaosu i nieporządku Eris i jej dziećmi.

fragment komiksu Paneuropa vs Covid-19 Tobiasza Piątkowskiego (T), Wojciecha Stefańca i Rafała Szłapy (R), s. 12, © Unia, Europejska, 2021

   Ta wartko poprowadzona i znakomicie narysowana narracja ma jeden podstawowy słaby punkt: W walce z pandemią nie pomogą mityczne stwory, bogowie Olimpu i magia. Wirusa i ludzkiej pychy nie da wykorzenić się czarami, kolorowymi obrazkami i eliksirami (przygotowanego nawet przez samego mistrza Twardowskiego). Pandemia pokazała, jak kruche jest ludzkie życie, jak łatwo manipulować masami i jak każde ogniwo naszego ziemskiego życia jest ze sobą powiązane i współzależne. Chciałbym widzieć ten komiks nie jako kolejną reklamę Unii Europejskiej i stawianie jej w dobrym świetle (von der Leyen nie jest wszak Ateną; ucichło jakoś o skandalach maseczkowych i szczepionkowych; za mało się mówi o słabościach rządów i nas samych doprowadzających do przedwczesnej śmierci wielu obywateli i o tym, że są na ziemi kraje i kontynenty, w których szczepienie rozpoczęło się dopiero całkiem niedawno, kiedy Europa mogła już trochę odetchnąć; o głębokim zadłużeniu i długoterminowych skutkach pandemii dla następnych pokoleń; itd. itp. żeby skupić się tylko na tym, co dotyczy pandemii Covida, będącej tematem komiksu, i pomijając choćby opieszałość Komisji w reagowaniu na to, co dzieje się na granicy Polski z Białorusią, jakby odsyłanie uchodźców było Unii Europejskiej na rękę), ale jako komiks, który daje nieco otuchy i nadziei na szczęśliwe zakończenie, to w rzeczywistości. Najważniejsze, by nie tracić z oczu zagrożenia i pozostać krytycznym. Słusznie zauważa Eris: „Im dłużej trwa pandemia, tym łatwiej rozhuśtać emocje” (s. 18-19)...

fragment komiksu Paneuropa vs Covid-19 Tobiasza Piątkowskiego (T), Wojciecha Stefańca i Rafała Szłapy (R), s. 14, © Unia, Europejska, 2021

   Komiks ma swoją premierę na trwającym właśnie 32. Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Jest dostępny za darmo w polskiej i angielskiej wersji językowej, z okładką główną i czterema innymi, nawiązującymi do miast partnerskich – Darłowa, Katowic, Wrocławia i Łodzi – i, co najważniejsze, na niekredowym, matowym papierze, na którym nie pozostają odciski palców.

fragment komiksu Paneuropa vs Covid-19 Tobiasza Piątkowskiego (T), Wojciecha Stefańca i Rafała Szłapy (R), s. 21, © Unia, Europejska, 2021


piątek, 1 października 2021

Między „Blondie“ a „Peanuts“ – „Mafalda“ po polsku

   Przed rokiem zmarł twórca Mafaldy – argentyński rysownik komiksów Joaquín Salvador Lavado, większości znany jako Quino. Miał 88 lat.
   Były wydawca artysty Daniel Divinsky napisał na Twitterze: „Quino zmarł. Wszyscy dobrzy ludzie w kraju i na świecie będą go opłakiwać. Wiceprezydent Argentyny i była głowa państwa Cristina Fernández de Kirchner powiedziała, że ​​mając na uwadze dyktaturę w Argentynie w latach 70. i 80., Quino mówił rzeczy, których nie powinno się mówić. „Z wielką siłą rzucił społeczeństwu wyzwanie”. Podczas dyktatury narysował sześcioletniego działaczkę na rzecz praw człowieka o imieniu Mafalda, która po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1964 roku. Na stronie internetowej Quino jest opisana jako „ciekawa, inteligentna, ironiczna, nonkonformistyczna dziewczynka”, która „zajmuje się pokojem i prawami człowieka, nienawidzi zup i kocha Beatlesów”. W wywiadzie z 2000 roku Quino powiedział: „Nie sądzę, aby moje rysunki były z rodzaju tych, z których ludzie się śmieją. Mam większą tendencję do używania noża sekcyjnego niż  do łaskotania”. „Nie zawracam sobie głowy humorem; on po prostu wychodzi ze mnie. Chciałbym być zabawniejszy, ale z wiekiem stajesz się mniej zabawny i bardziej przenikliwy”, mawiał. Quino był „twórcą niezapomnianej Mafaldy i jednym z najbardziej międzynarodowych rysowników w języku hiszpańskim” – wspomina Królewska Hiszpańska Akademia z siedzibą w Madrycie. „Jego precyzyjne komentarze dotarły na obie strony Atlantyku dzięki rysunkom i charakterystycznemu humorowi”.
 
il. 1.: Quino w karykaturze Miguela Repa. W: Toda Mafalda. Ediciones de la flor. Buenos Aires 1997, s. 28.

   Na polski przekład Mafalda musiała czekać aż 56 lat od swojego argentyńskiego debiutu. Wszystkie komiksy. Tom 1 i 2 o z przygodami tytułowej bohaterki i jej przyjaciół ukazały się w warszawskim wydawnictwie Nasza Księgarnia w przekładzie Filipa Łobodzińskiego.

   Na początku ta dziewczynka o okrągłej twarzy i z dużą czerwoną wstążką w jej ciemnych włosach miała ukazać się w komiksie reklamującym artykuły gospodarstwa domowego marki „Mansfield“. „Poproszono mnie o komiks, który nie będzie ani jak Blondie, ani jak Peanuts, ale dokładnie pomiędzy“, wspomina rysownik Quino (własc.: Joaquín Salvador Lavado). Stworzył Mafaldę, której pierwsze trzy epizody ukazały się w „Leoplánie“ i które tak przypadły masom do gustu, że 29. września 1964 przejął je tygodnik „Primera Plana“ jako regularny pasek. Do 1973 roku rysunki te miały swoje stałe miejsce w gazecie codziennej „El Mundo“. A przygotowywana reklama nigdy się nie ukazała. Książki z Mafaldą zostały przetłumaczone na 26 języków, a tylko w samej Argentynie sprzedane w 20 milionach egzemplarzy.
 
il. 2.: Quino: Mafalda. Wszystkie komiksy. Tom 1, s. 120 © Nasza Księgarnia
 
   Zdarzało się już, że Mafalda, jej rodzina i przyjaciele mówili po polsku, więc to tłumaczenie nie jest pierwszą próbą przedstawiania pierwszoklasistki Polakom. Ale to pierwsze wydanie wszystkich pasków komiksowych z przygodami małej argentyńskiej dziewczynki, zebranych w dwóch tomach. Jak to zostało napisane na wstępie, powstałe w latach 1964-1973 działa, zostały przetłumaczone na język polski przez dziennikarza, muzyka i aktora Filipa Łobodzińskiego, który w swoim krótkim wstępie do pierwszego tomu pisze: „Już pierwsza historyjka zdradza nam, że wprawdzie bohaterka jest jeszcze dzieckiem (...), ale świat i jego problemy, zwłaszcza geopolityczne i społeczne, traktuje bardzo poważnie. Znacznie poważniej niż dorośli. Mafalda jest orędowniczką demokracji, sprawiedliwości społecznej i pokoju. Łatwo dostrzega hipokryzję polityków i mediów, domyśla się podskórnych mechanizmów, kóre rządzą światem wbrew temu, co zwykliśmy nazywać prawami człowieka“ (s. 7).

il. 3.: Quino: Mafalda. Wszystkie komiksy. Tom 1, s. 159 © Nasza Księgarnia

   Tytułowa bohaterka ma dopiero sześć lat i pochodzi z typowej mieszczańskiej rodziny. Ale w tej ładnej, serdecznej dziewczynce jest coś więcej, niż mogłoby się wydawać. Ponieważ Mafalda uważnie obserwuje politykę narodową i międzynarodową, jej myśli i działania skierowane są przeciwko niesprawiedliwości, agresywności ludzi, broni nuklearnej, wojnie, rasizmowi, imperialistycznym ugodom; a czasem tylko przeciwko zupie, którą zawsze musi jeść na obiad. „Zatrzymajcie świat, chcę wysiąść“ – to jedno z najbardziej znanych powiedzonek Mafalday. „Najgorszew rodzinach jest to, że każdy chce byc ojcem“ – brzmi inne. Jej pasją są Beatlesi, pokój, prawa człowieka i demokracja, jej rodzina: matka, ojciec i brat Guille. Komentarze i działania Mafaldy odzwierciedlają problemy społeczne i polityczne lat sześćdziesiątych. Podczas dyktatury wojskowej 1976-1983 komiks „prawdopodobnie dlatego nie został zakazany, ponieważ był zbyt popularny, a cenzura była bardziej pośrednia, np. poprzez aresztowania wydawców”, uważa argentyńska badaczka Isabella Cosse, autorka książki Mafalda: A Social andPolitical History of Latin America‘s Global Comic (Duke University Press 2019).
 
   Mafalda walczy „przede wszystkim przeciw ludzkiej głupocie“, powiedział kiedyś jej twórca. Ma wielu przyjaciół, w których odbijają się różne cechy charakteru typowe dla tamtego czasu, jak np. wstydliwy, romantyczny i wysoce inteligentny Felipe, który ponad wszystko uwielbia komiksy przygodowe, a ich bohaterów jak Zorro czy The Lone Ranger darzy wyjątkowym szacunkiem, gdyż sam chętnie byłby taki jak oni. Manolito Goreiro jest za to brutalnym, ambitnym materialistą, który chciałby posiadać sieć supermarketów, i dla którego Rockefeller jest największym idolem. Nienawidzi hippisów, Beatlesów i plotek Susanity Clotilde Chirusi, która swoją przyszłość wyobraża sobie tylko u boku bogatego męża, z gromadką dzieci. Jest ona zwierciadłem typowej burżuazyjnej rodziny imigrantów, w której kultywowane są uprzedzenia wobec biedy i czarnych. Miguelito Pitti postrzega siebie jako centrum świata; jest marzycielem, ale bardziej pewnym siebie i samolubnym niż Felipe. I wreszcie Libertad, wysoce intelektualna i kreatywna dziewczyna, szczególnym ceniąca kulturę i rewolucję.

il. 4.: Quino: Mafalda. Wszystkie komiksy. Tom 1, s. 250, 260 © Nasza Księgarnia

   Efektywny w swojej prostocie styl rysunków funkcjonuje znakomicie w połączeniu z  filozoficzno-krytycznymi komentarzami w dymkach. Quino sprawdza się w swoich paskach jako przenikliwy obserwator związków międzyludzkich, posiadający znakomite wyczucie komizmu i tragizmu, prześwietlający ludzkie dusze i demaskujący utarte zachowania. To zapewne z tych powodów stała się Mafalda najpopularniejszym paskiem komiksowym hiszpańskiego i portugalskiego obszaru językowego. Ostatni pasek ukazał się w roku 1973.

   Zadziwiające, że te rysunki sprzed dziesięcioleci „nadal pasują do aktualnych problemów“, powiedział rysownik w 2014 z okazji 50. urodzin Mafaldy. Pozostaje ona fenomenem swoistym socjalnym fenomenem, powiedziała Isabella Cosse Instytutowi Iberoamerykańskiemu Pruskiego Dziedzictwa Kulturowego: „Jest to ikona, która może być używana i adaptowana przez wiele różnych kolektywów i działaczy jako rodzaj sztandaru do wyrażania własnej tożsamości o bardzo różnych cechach. Działacze na rzecz praw kobiet w Argentynie podobnie jak demonstranci w Chile i Brazylii prowadzą Mafaldę ulicami. Postać z komiksu (...) ma ponad sześć milionów obserwujących na Facebooku, rozsianych po całym świecie. Wielu z nich wyobraża sobie: jacy byliby Mafalda i jej przyjaciele, gdyby byli dorośli? Różne odpowiedzi na to pytanie odzwierciedlają różne percepcje. Mówią też wiele o rozłamach między klasą średnią, klasą robotniczą i antyestabliszmentem”.

il. 5.: Quino: Mafalda. Wszystkie komiksy. Tom 1, s. 136 © Nasza Księgarnia

   Mimo że Mafalda powołana została do życia ponad pół wieku temu, jej feministyczna postawa i krytyczne podejście do rzeczywistości sprawiają, że objawia się dzisiaj jako osoba na wskroś nowoczesna. I nadal – niestety – pozostaje całkiem aktualna. Powinna być zatem czytana. Teraz także po polsku.